Są takie książki, których nie powinno się odkładać wysoko na półkę. Nie są po to, żeby tylko ładnie wyglądały. Powinny leżeć blisko kredek, plecaka, lupy, kieszeni pełnych kamieni i tych wszystkich „skarbów”, które dzieci przynoszą ze spaceru.
Bo są książki do czytania i są takie, które aż proszą się o to, żeby coś w nich narysować, zapisać, pokolorować, zakreślić, dopisać albo zabrać ze sobą do ogrodu.
Właśnie taki jest „Dziennik Odkrywców", czyli zeszyt zabaw Franka i Frajdy.
Każde dziecko zasługuje na własną wyprawę
Dziecięca przygoda rzadko zaczyna się od wielkiego planu. Częściej od prostego: „chodźmy zobaczyć”. Co jest pod kamieniem? Dokąd idzie mrówka? Czy z chmur da się wyczytać pogodę? Jak narysować mapę ogrodu? Czy można ukryć skarb tak dobrze, żeby odnaleźć go dopiero za rok?
Ten dziennik bierze takie pytania bardzo serio. Nie zamienia ich w szkolne zadania, tylko w misje. A misja brzmi zupełnie inaczej niż ćwiczenie. Misję można wykonać po swojemu. Można się przy niej pobrudzić, pomylić, coś dopisać, coś skreślić, coś wymyślić i wrócić do tego następnego dnia.
I chyba właśnie dlatego taki zeszyt ma szansę stać się dla dziecka czymś więcej niż książką. Może stać się zapisem własnych odkryć.
Nie tylko kolorowanka
Na pierwszy rzut oka można pomyśleć: zeszyt zabaw. Czyli pewnie trochę rysowania, trochę kolorowania, kilka łamigłówek. Ale „Dziennik Odkrywców” idzie dalej.
Tu dziecko nie tylko wypełnia strony. Ono poznaje siebie jako odkrywcę, tworzy autoportret, wymyśla pseudonim, pakuje plecak na wyprawę, planuje przygodę w niepogodę, obserwuje chmury, szuka małych mieszkańców ogrodu, przygląda się pająkom, mrówkom i robakom, szyfruje wiadomości, tworzy mapę, ukrywa skarby i przygotowuje kapsułę czasu.
Brzmi jak plan na całe lato? Trochę tak.
Ale najważniejsze jest to, że nie trzeba czekać na idealny moment. Wystarczy zwykły dzień, ogród, park, podwórko albo spacer. Dziennik można zabrać ze sobą i pozwolić mu trochę „żyć”: pognieść się w plecaku, zebrać ślady kredek, trawy i dziecięcych pomysłów.
Nauka, która zaczyna się od zabawy
Franek, Frajda i Sonda prowadzą dziecko przez świat, który jest bardzo blisko. Nie trzeba dalekich podróży, żeby zobaczyć coś ciekawego. Wystarczy podnieść wzrok na chmury albo pochylić się nad trawnikiem.
W dzienniku pojawiają się tematy, które łatwo przeoczyć w codziennym pośpiechu: pogoda, owady, pająki, mrówki, dżdżownice, kamienie, liście, mapy i szyfry. Wszystko podane jest przez zabawę, humor i zadania, które zachęcają dziecko do działania.
To bardzo ważne, bo dzieci najlepiej uczą się wtedy, kiedy mogą coś sprawdzić same. Gdy mogą narysować własną obserwację, zapisać własną odpowiedź, policzyć, porównać, poszukać, zapytać i wrócić z kolejnym odkryciem.
Nie chodzi o to, żeby dziecko zapamiętało definicję. Chodzi o to, żeby poczuło: „świat jest ciekawy, a ja mogę go badać”.
Zeszyt, który daje dzieciom sprawczość
W „Dzienniku Odkrywców” jest dużo miejsca na własne odpowiedzi, notatki, szkice i pomysły. To nie jest publikacja, która mówi dziecku wyłącznie, co ma robić. Raczej zaprasza je do współtworzenia.
Dziecko może narysować siebie w stylu Franka i Frajdy. Może opisać swoje największe odkrycie. Może zastanowić się, co zabrać na wyprawę. Może wymyślić plan na deszczowy dzień. Może prowadzić chmurowe obserwacje, tropić ogrodowych sąsiadów, zaprojektować pajęczynę albo stworzyć mapę miejsca, w którym najczęściej się bawi.
A potem może ukryć skarb.
To brzmi prosto, ale właśnie takie rzeczy zostają w pamięci. Nie perfekcyjnie wypełniona strona, tylko moment, w którym dziecko bierze zeszyt pod pachę i mówi: „idę robić misję”.


Dla dzieci, które lubią odkrywać po swojemu
Ten zeszyt będzie dobry dla dzieci, które lubią rysować, rozwiązywać zagadki, wymyślać historie, obserwować przyrodę i zadawać pytania. Ale też dla tych, które trudno namówić do spokojnego siedzenia nad książką. Bo tutaj książka nie musi oznaczać siedzenia.
- Może oznaczać spacer.
- Może oznaczać szukanie robaków.
- Może oznaczać patrzenie w niebo.
- Może oznaczać tajną wiadomość, mapę, kapsułę czasu i kamień, który nagle staje się ważną pamiątką z wyprawy.
„Dziennik Odkrywców" przypomina, że dziecięca ciekawość nie potrzebuje wielkiej scenografii. Wystarczy trochę miejsca, kilka prostych zadań i zachęta, żeby spojrzeć uważniej na to, co jest tuż obok.
Bo największe odkrycia dzieciństwa bardzo często zaczynają się od rzeczy zupełnie zwyczajnych.
Od chmury. Od mrówki. Od kamienia w kieszeni.
Od pytania: „a co by było, gdyby…?”.



